Twardziele walczą solo - Resident Evil 4
Odkąd w 1968 r. film Georga Romero"Noc Żywych Trupów" urzał światło dzienne świat horrorów nigdy nie był już taki sam. To właśnie dzięki temu dziełu zombie tak mocno wgryzły się w popkulturę nie puszczając jej soczystego gardła aż do dziś. A że do nurtu popkultury należą także gry, zrodziła się piękna seria Resident Evil. Zombie walały się gęsto, a bohaterowie często byli uwięzieni w jakiejś .... uogólniając siedzibie i rozpaczliwe szukali ratunku przed wygłodzonymi monstrami. Czas jednak idzie do przodu, gatunek producentom wydaje się skostniały więc szuka się inspiracji gdzie indziej. Padło ewidentnie na slashery (bo chyba okładka powyżej od razu się kojarzy z Leatherface'em albo Jasonem Voorhees'em), a z skostniałej mechaniki dokonano przesiadki na rozgrywkę pełną akcji i swobody (niczym jak Simon Belmont porównując pierwszą Castlevanię z Super Castlevanią IV). Tak powstał, przynajmniej wg mojej teorii, w 2005 r. Resident Evil 4 wielkimi krokami depcząc charakter serii. Więc wszystko przepadło i nastał czas narzekania i stękania? Aaależ skąd! Obrano nie zły, a po prostu inny kierunek, a zapewniam, że grozy jest tu pod dostatkiem :)
W grze ponownie wcielamy się w znanego z części drugiej Leona F. Kennedy'ego. Ten niegdyś żółtodziób jest teraz twardzielem z krwi i kości, który nigdy nie wychodzi z domu bez swoich cojones. Dorobił się on stanowiska agenta od zadań specjalnych i jednym z takich zadań jest odbicie córki samego prezydenta USA. W tym celu udaje się do Europy (wszelkie znaki na niebie i na ziemi wskazują konkretnie Hiszpanię), do pewnej wioski by zacząć dochodzenie. Ha! Ale nie wie, że wioska opanowana jest przez straszne zom... ekhm no już nie zombie, ale przez strasznych zmutowanych wieśniaków, którzy nic nie robią sobie z pocisków przyjmowanych na klatę. W trakcie gry pojawiają się jeszcze inne wątki ale najważniejsze to napierniczać ołowiem w te durne ryje. Ooooo a durnych ryjów nie zabraknie.
Wachlarz przeciwników jest bardzo szeroki. Od wspomnianych wieśniaków, poprzez olbrzymów po niemalże nieśmiertelne monstra, których spotkanie w ciasnych korytarzach zawsze oblewa gęsią skórką. Na szczególna uwagę zasługują bossowie, którzy występują naprawdę często, są nad wyraz różnorodni i każdy wymaga zupełnie innej taktyki. Czasem amunicja na nic się zda i trzeba będzie skurczybyka sposobem brać!
No ale jak już do nich pruć to czym? Zaczynamy oczywiście ze zwykłym pistoletem, niedługo potem znajdujemy swojego pierwszego shotguna, a potem jest już tylko weselej. Przy okazji omawiania broni powiem (załóżmy, że nie znam jeszcze RE5), że zdziwiło mnie znajdywanie złota. Hmmm...dajcie mi amunicje, roślinki do leczenia! Nie gram chyba w Mario, nie potrzebuje monet. No mały policzek dla klimatu, ale za zebrane dukaty możemy u, pojawiającego się co jakiś czas na naszej drodze, Merchanta kupić ulepszenia do naszych broni, a także nowe bronie. Rynek się rozwija i trzeba dostarczać klientom świeży towar. To było moim zdaniem dobre rozwiązanie. Wszędzie przecież tam gdzie szykuje się jakiś konflikt znajdzie się "handlarz śmiercią" co by chciał zarobić. Taki sam patent wykorzystano z resztą w Metal Gear Solid 4. Wracając do arsenału - jest on pokaźny. Jednak będziecie odczuwali ciągły brak amunicji, ale to tylko odczucie bo nigdy wam jej nie zabraknie, choć będzie ciągle jakby przymało. Nie raz też przyjdzie użyć noża, który wbrew pozorom odgrywa bardzo ważną rolę przez całą rozciągłość gry. Czasem też zasadzimy kopa.
Skoro już mowa o rozciągłości, to rozrywka jest całkiem długa. Mi przejście zajęło niecałe 20 godz. nie licząc dosyć częstych zgonów i konieczności powtarzania niekrótkich odcinków gry. Checkpointy są niestety rzadkie i warto też często zapisywać stan gry przy tradycyjnych maszynach do pisania. No ale takie są uroki gier retro Po ukończeniu głównego wątku nie trzeba jednak wcale rzucać płyty w kąt i o niej zapominać. Gdy ostatni boss powie: AAaaaa! i wyzionie ducha, a my udamy się na zasłużony spoczynek odblokują się specjalne bonusy jak dodatkowe misje odgrywane Adą Wong, wyzwania na czas i wyższe poziomy trudności.
Ogólnie jest to jedna z najlepszych gier w jaką było mi dane szarpać. Nie ma klimatu poprzednich części niemniej jest naprawdę ponuro i mrocznie. Cały czas panuje mglista noc, a w zamkniętych pomieszczeniach nigdy nie wiemy co czai się za rogiem i mimo, że jesteśmy uzbrojeni po zęby nie możemy być pewni czy długo jeszcze pożyjemy. Adrenalinka kilka razy mi ładnie podskoczyła, a ratowanie Ashley - córki prezydenta, przyjemnie stresuje. Ukończenie tego tytułu daje wiele satysfakcji, dlatego cieszyć może szeroka jego dostępność na rynku. Resident Evil 4 bowiem wyszedł na każdą konsolę 6. generacji (poza Dreamcastem), na PC oraz ostatnio, w umownym HD, na Xboxa 360 i PS3, za nieco wygórowaną cenę, ale zawsze. Podobno wyszedł również na iPhonie, ale nie interesuje się tym szajsem. Jeśli jeszcze nie grałeś to masz teraz trochę czasu by się zawstydzić, a potem odpalić ten zacny tytuł bo moim zdaniem naprawdę warto.
No ale jak już do nich pruć to czym? Zaczynamy oczywiście ze zwykłym pistoletem, niedługo potem znajdujemy swojego pierwszego shotguna, a potem jest już tylko weselej. Przy okazji omawiania broni powiem (załóżmy, że nie znam jeszcze RE5), że zdziwiło mnie znajdywanie złota. Hmmm...dajcie mi amunicje, roślinki do leczenia! Nie gram chyba w Mario, nie potrzebuje monet. No mały policzek dla klimatu, ale za zebrane dukaty możemy u, pojawiającego się co jakiś czas na naszej drodze, Merchanta kupić ulepszenia do naszych broni, a także nowe bronie. Rynek się rozwija i trzeba dostarczać klientom świeży towar. To było moim zdaniem dobre rozwiązanie. Wszędzie przecież tam gdzie szykuje się jakiś konflikt znajdzie się "handlarz śmiercią" co by chciał zarobić. Taki sam patent wykorzystano z resztą w Metal Gear Solid 4. Wracając do arsenału - jest on pokaźny. Jednak będziecie odczuwali ciągły brak amunicji, ale to tylko odczucie bo nigdy wam jej nie zabraknie, choć będzie ciągle jakby przymało. Nie raz też przyjdzie użyć noża, który wbrew pozorom odgrywa bardzo ważną rolę przez całą rozciągłość gry. Czasem też zasadzimy kopa.
Skoro już mowa o rozciągłości, to rozrywka jest całkiem długa. Mi przejście zajęło niecałe 20 godz. nie licząc dosyć częstych zgonów i konieczności powtarzania niekrótkich odcinków gry. Checkpointy są niestety rzadkie i warto też często zapisywać stan gry przy tradycyjnych maszynach do pisania. No ale takie są uroki gier retro Po ukończeniu głównego wątku nie trzeba jednak wcale rzucać płyty w kąt i o niej zapominać. Gdy ostatni boss powie: AAaaaa! i wyzionie ducha, a my udamy się na zasłużony spoczynek odblokują się specjalne bonusy jak dodatkowe misje odgrywane Adą Wong, wyzwania na czas i wyższe poziomy trudności.
Ogólnie jest to jedna z najlepszych gier w jaką było mi dane szarpać. Nie ma klimatu poprzednich części niemniej jest naprawdę ponuro i mrocznie. Cały czas panuje mglista noc, a w zamkniętych pomieszczeniach nigdy nie wiemy co czai się za rogiem i mimo, że jesteśmy uzbrojeni po zęby nie możemy być pewni czy długo jeszcze pożyjemy. Adrenalinka kilka razy mi ładnie podskoczyła, a ratowanie Ashley - córki prezydenta, przyjemnie stresuje. Ukończenie tego tytułu daje wiele satysfakcji, dlatego cieszyć może szeroka jego dostępność na rynku. Resident Evil 4 bowiem wyszedł na każdą konsolę 6. generacji (poza Dreamcastem), na PC oraz ostatnio, w umownym HD, na Xboxa 360 i PS3, za nieco wygórowaną cenę, ale zawsze. Podobno wyszedł również na iPhonie, ale nie interesuje się tym szajsem. Jeśli jeszcze nie grałeś to masz teraz trochę czasu by się zawstydzić, a potem odpalić ten zacny tytuł bo moim zdaniem naprawdę warto.




0 Response to "Twardziele walczą solo - Resident Evil 4"
Prześlij komentarz