Twardziele walczą solo - Red Dead Redemption

Płonące siodła, czyli kolejny gorący tytuł ze stajni Rockstar Games – czyli wstęp
Rockstar Games to firma niezawodna. Twórcy takich hitów jak seria GTA i Max Payne wpadli na prosty i zarazem genialny pomysł – zróbmy takie GTA… na dzikim zachodzie! Zamiast samochodów damy konie, zamiast Glocków i Kałachów - sześciostrzałowe Colty i strzelby Winchestera. Zamiast metropolii – pustynie i małe senne miasteczka. Wydany w 2010 r. na PS3 i X-Boxa Red Dead Redemption z miejsca stał się wielkim hitem wśród graczy, zebrał świetne opinie od recenzentów i do tej pory rozszedł się w kilkunastu milionach egzemplarzy. Ale o co w ogóle chodzi ?
W RDR sterujemy poczynaniami typowego hamerykańskiego kowboja – na wiernym rumaku przemierzamy miasta, miasteczka, farmy, pustkowia, lasy i góry (nie oszczędzając amunicji i ostrego języka), przy czym swoboda poruszania się po wielu różnorodnych lokacjach jest prawie nieograniczona. Naszym głównym zadaniem jest ukończenie fabuły, o której piszę dalej. Oprócz tego mamy do wykonania całą masę misji pobocznych, często wieloetapowych, które możemy (ale nie musimy [ale chcemy]) wypełniać w dowolnym czasie. Do tego dochodzą jeszcze przeróżne mini-misyjki, zdarzenia losowe (np. jesteśmy świadkami napadu bandytów na dyliżans, linczu czy też ataku dzikich zwierząt na przerażoną niewiastę), w których możemy wziąć czynny udział.
Do tego dochodzą jeszcze przeróżne inne możliwości, dzięki którym możemy bawić się godzinami, nie przechodząc w tym czasie żadnych misji. I tak na przykład możemy (głęboki oddech): zabijać, łapać bandytów (albo niewiasty, hehe) na lasso, walczyć ze stróżami prawa, pić whisky w barze, tłuc się na pięści, oglądać filmy w kinie, polować na zwierzęta (których jest aż 37 gatunków!), oprawiać zabite zwierzęta i sprzedawać ich części w sklepach, robić zakupy, rozbijać obozowiska, podróżować konno, pieszo, powozem, pociągiem, możemy grać na pieniądze w karty, kości, podkowy, siłować się na ręce, możemy szukać ukrytych skarbów, łapać i oswajać dzikie konie, pojedynkować się, napadać na pociągi… uff, na dzikim zachodzie nie ma czasu na nudę! Akcja RDR rozgrywa się na trzech terytoriach, które razem tworzą naprawdę gigantyczną przestrzeń: zaczynamy od New Austin, będącego taką mieszanką Kalifornii, Teksasu i Nowego Meksyku – czyli preria, kupa piachu i zakurzone miasteczka. Następnie, przechodząc kolejne etapy gry, odblokowujemy terytorium południowe Nuevo Paradiso, reprezentujące północną część Meksyku – a więc jeszcze więcej piachu, zakurzone miasteczka, a do tego jeszcze kaktusy i śmiesznie gadający ludzie w wielgachnych kapeluszach. Trzecim i ostatnim rejonem (i jednocześnie najmniejszym) jest położone na północy West Elizabeth, bardzo różniące się od dwóch pozostałych lokalizacji. Mamy tu prerię, bagna, gęsto porośnięte lasy, oraz wysokie pokryte śniegiem góry i bardziej cywilizowane miasta, do których dotarła już elektryczność. To tyle tytułem wstępu. Teraz postaram się jak najbardziej skrótowo opowiedzieć, o czym jest ta gra.

W RDR sterujemy poczynaniami typowego hamerykańskiego kowboja – na wiernym rumaku przemierzamy miasta, miasteczka, farmy, pustkowia, lasy i góry (nie oszczędzając amunicji i ostrego języka), przy czym swoboda poruszania się po wielu różnorodnych lokacjach jest prawie nieograniczona. Naszym głównym zadaniem jest ukończenie fabuły, o której piszę dalej. Oprócz tego mamy do wykonania całą masę misji pobocznych, często wieloetapowych, które możemy (ale nie musimy [ale chcemy]) wypełniać w dowolnym czasie. Do tego dochodzą jeszcze przeróżne mini-misyjki, zdarzenia losowe (np. jesteśmy świadkami napadu bandytów na dyliżans, linczu czy też ataku dzikich zwierząt na przerażoną niewiastę), w których możemy wziąć czynny udział.
Do tego dochodzą jeszcze przeróżne inne możliwości, dzięki którym możemy bawić się godzinami, nie przechodząc w tym czasie żadnych misji. I tak na przykład możemy (głęboki oddech): zabijać, łapać bandytów (albo niewiasty, hehe) na lasso, walczyć ze stróżami prawa, pić whisky w barze, tłuc się na pięści, oglądać filmy w kinie, polować na zwierzęta (których jest aż 37 gatunków!), oprawiać zabite zwierzęta i sprzedawać ich części w sklepach, robić zakupy, rozbijać obozowiska, podróżować konno, pieszo, powozem, pociągiem, możemy grać na pieniądze w karty, kości, podkowy, siłować się na ręce, możemy szukać ukrytych skarbów, łapać i oswajać dzikie konie, pojedynkować się, napadać na pociągi… uff, na dzikim zachodzie nie ma czasu na nudę! Akcja RDR rozgrywa się na trzech terytoriach, które razem tworzą naprawdę gigantyczną przestrzeń: zaczynamy od New Austin, będącego taką mieszanką Kalifornii, Teksasu i Nowego Meksyku – czyli preria, kupa piachu i zakurzone miasteczka. Następnie, przechodząc kolejne etapy gry, odblokowujemy terytorium południowe Nuevo Paradiso, reprezentujące północną część Meksyku – a więc jeszcze więcej piachu, zakurzone miasteczka, a do tego jeszcze kaktusy i śmiesznie gadający ludzie w wielgachnych kapeluszach. Trzecim i ostatnim rejonem (i jednocześnie najmniejszym) jest położone na północy West Elizabeth, bardzo różniące się od dwóch pozostałych lokalizacji. Mamy tu prerię, bagna, gęsto porośnięte lasy, oraz wysokie pokryte śniegiem góry i bardziej cywilizowane miasta, do których dotarła już elektryczność. To tyle tytułem wstępu. Teraz postaram się jak najbardziej skrótowo opowiedzieć, o czym jest ta gra.

Bardzo Dziki Zachód (ale bez wielkich mechanicznym pająków) – czyli fabuła gry (uwaga - spojlery)
Jest rok 1911. John Marston to były rewolwerowiec z dzikiej bandy Dutcha Van Der Linde, obecnie przykładny mąż (byłej prostytutki Abigail) i ojciec. John od kilkunastu lat wiedzie sobie spokojne życie przeciętnego ranczera, wszystko jest fajnie, ładnie, słowem sielanka, ale do czasu. Agenci rządowi odbierają mu rodzinę i zmuszają tym samym do wykonania dla nich brudnej roboty w postaci wytropienia i wyeliminowania pozostałych członków jego dawnego gangu. Tylko w ten sposób Marston może odzyskać żonkę i syna. Zanim John dotrze do Dutcha, musi zmierzyć się ze swoim dawnym kompanem, Billem Williamsonem – nie wychodzi mu to jednak na zdrowie – zostaje ciężko ranny. Ale dzięki temu poznaje pierwszego z kilku sprzymierzeńców – ranczerkę Bonnie McFarlane. Po dojściu do zdrowia John wyrusza dalej śladem zbiegłego Williamsona, który to doprowadza go do Meksyku, do jego drugiego „starego kumpla” - Javiera Escueli. W Meksyku poznajemy całą plejadę typów spod ciemnej i kilku spod jeszcze ciemniejszej gwiazdy. Jedynym w miarę przyzwoitym gościem jest rewolwerowiec-weteran Landon Ricketts (na marginesie, wygląd tej postaci wyraźnie inspirowany jest aktorem Samem Elliottem).
Początkowo współpracujemy ze sprawującym rządy półkownikiem Allende i jego wiernym psem, kapitanem Vicente de Santą, jednak okazuje się, że (szok) czasami władzę sprawują nie do końca prawi ludzie. W związku z czym John przyłącza się na moment do wyjętego spod prawa Abrahama Reyesa i pomaga mu w przeprowadzeniu lokalnej rewolucji (viva la revolution!). W telegraficznym skrócie: pif-paf, i: półkownik muerte, kapitan muerte, Bill Williamson muerte i Javier Escuela muerte, albo nie muerte (wybór należy do gracza). Teraz pozostaje ostateczna rozgrywka John vs Dutch. Przedostatni etap gry odbywa się na terytoriach północnych, w wysokich górach zamieszkałych przez Indian i niedźwiedzie grizzly. Po wytropieniu swojego dawnego przywódcy, dochodzi do dramatycznej konfrontacji na wysokim urwisku. Ostatecznie doprowadzony do ostateczności Van der Linde wybiera śmierć przez samobójstwo i rzuca się w otchłań. John wypełnił swój „kontrakt”, może więc wracać do rodziny i dalej toczyć spokojny żywot farmera… Niestety, jak się okazuje, nikomu nie można ufać, a zwłaszcza rządowym agentom. Nasz bohater wpada w okrutna zasadzkę i po heroicznej walce pada pod gradem pocisków, a nam pozostaje pokierowanie Johnem „Jackiem” Juniorem w jego zemście na zabójcach ojca w finałowej części gry…
Prawdziwe Męstwo (koniecznie chciałem wstawić tytuł jakiegoś filmu, ale nie mogłem nic dopasować, więc… morda w kubeł !) - czyli strona techniczna i podsumowanie
Nie znam się na zagadnieniach technicznych, nie mam zielonego pojęcia, na której konsoli gra wygląda zajebiście, a na której przechujowo (bo np. tekstura wody na PS3 jest za mało wodnista, albo liście w wersji na x-klocka są za mało liściaste). Wiem za to, gdy gra mi się podoba – a RDR podoba mi się bardzo. Jak będę chciał popatrzeć na realistyczną wodę, to pójdę sobie do kibla i pogapię się w sedes. Najważniejsze jest ogólne wrażenie, a nie mało istotne detale. A ogólne wrażenie jest takie, że gra wgniata w fotel i wciąga jak cholera. Zabawy wystarczy na ładnych kilkadziesiąt godzin - potrzeba bodajże 30-40 żeby przejść absolutnie wszystkie misje główne i poboczne, wyzwania itp. – a jest jeszcze całkiem udany tryb multiplayer i możliwość przemierzania dzikiego zachodu po ukończeniu gry w trybie free roam. Ponadto gra jest bardzo dobrze udźwiękowiona, mam zwłaszcza na myśli bardzo wysokiej klasy dubbing (czyli to co autor lubi najbardziej!). Poza tym szafa gra, kule świszczą, kopyta stukają, a kujoty wyją… Podsumowując: kto grał ten wie czym się tak zachwycam, kto nie grał, niech żałuje, albo lepiej niech leci do sklepu i kupuje, zwłaszcza, że niedawno ukazała się edycja specjalna RDR: Game of the Year zawierająca wszystkie dodatki (w tym bardzo fajny Undead Nightmare, czyli kowboje kontra zombie :D), a wersję bez dodatków można dostać za psie pieniądze!
Z pozdrowieniem odjeżdżającym w stronę zachodzącego słońca, niczym Lucky Luke…
Zamek Wania



0 Response to "Twardziele walczą solo - Red Dead Redemption"
Prześlij komentarz